Krótka forma literacka (oparta na faktach)
03 lut 2010 1 komentarz
in Ogólne
Marmurowy blat wypolerowany był na przysłowiowy błysk i właśnie odbijał spoczywającą na nim rękę Adama. Właściciel ręki zastanawiał się ile mógł kosztować taki blat… podobnie zresztą jak markowy monitor nowoczesnego komputera, w który wpatrywała się, od dobrych pięciu minut, urzędniczka.
- Coś się zawiesiło – rzuciła pewnym głosem zabarwionym znużeniem. – Proszę poczekać.
Adam skinął głową oddalającej się pracownicy Urzędu. Po pięciu minutach (spojrzał na zegarek, więc czasu był pewny) urzędniczka Nr 1 (jak ją sobie nazwał w myślach Adam) wróciła w towarzystwie koleżanki. Urzędniczka Nr 2 nie raczyła się, co oczywiste, przywitać, zapewne nie chcąc tracić niepotrzebnie czasu i zasiadłszy na skórzanym fotelu przy stanowisku “Numeru Pierwszego” poczęła wpatrywać się w monitor zupełnie podobnie jak Nr 1. Adam przez chwilę zastanawiał się czy to jakiś rytuał, czy może monitor wyświetla im informację, że teraz powinna nastąpić zmiana we wgapianiu się w zawieszony komputer. Z tych krótkich rozmyślań wyrwało go mlaskanie “Numeru Pierwszego”, który zajadał, nie wiedzieć kiedy uzyskaną, drożdżówkę.
-Yi czo? – kawałek drożdżówki odbił się od zapiętej w żakiet klatki piersiowej Nr 1 i spadł przyśpieszonym lotem na dywan.
- Wisi – odparła rzeczowo Nr 2.
- Może spytamy Piotra? – zaproponowała bez entuzjazmu Nr 1.
- Ma teraz przerwę. Będzie za dziesięć minut – oznajmiła Nr 2 wstając i kierując się w korytarzyk. – Powiem mu.
- Rozumiem, że mam poczekać dziesięć minut? – spytał nieśmiało Adam.
- Nowego kompa panu chyba nie urodzę, nie? – odparła Nr 1 trzymając się logiki.
- No tak, oczywiście. Poczekam – rzekł skruszony Adam i opadł na niewygodne, drewniane krzesło.
Spędził w kolejce po numerek przelotną chwilę, która nie zapowiadała półgodzinnego stania przed stanowiskiem obsługi. W Urzędzie przebywał już godzinę, a wszystko wskazywało na to, że wizyta potrwa… ile? To trudno było określić. Po raz kolejny pomyślał o marmurach i komputerach dodając do tego skórzane fotele, dywany, rozmaite meble, obrazy na ścianach i kwiaty, które też przecież trzeba było kupić i o które trzeba dbać. Wszystko to zostało zakupione między innymi z jego pieniędzy. Wszyscy pracownicy nosili dopasowane, nowoczesne garnitury i żakiety szyte na zamówienie w dużej firmie odzieżowej. To i reszta wyposażenia jak kubki na kawę, czajniki, mikrofalówki, długopisy, pióra,laptopy wyższych urzędników, służbowe samochody było opłacane z podatków płaconych przez ludzi, którzy spędzali godziny w Urzędzie by załatwić prostą, drobną sprawę. Pracownicy mieli maksimum wygody przy minimum umiejętności i wiedzy. Do pracy w Urzędzie nie zatrudniano jednak byle kogo. Adam patrzył na fizjonomie urzędników i pomyślał, że najtrafniejszym określeniem było: pszenno-żytnie. Zza tych drogich marmurów patrzyły na niego chłopskie, proste twarze zdegenerowane miastem. Nie były to przyjazne twarze chłopów – zmęczonych pracą, ale pogodnych, były to w większości gęby wieśniacko-proletariackie, chłoporobotnicze, wykrzywione grymasem irytacji, znudzenia lub niechęci.
Pan Piotr wrócił po piętnastu minutach. Spojrzał na monitor poruszając myszką i stukając w klawisze klawiatury, po czym zanurkował za tylną ściankę obudowy komputera. Po chwili wyprostował się i bez zdenerwowania, spokojnie powiedział zwracając się do “Numeru Jeden”:
- Kabel od myszki się wyciągnął.
Adam wyobraził sobie kable samowyciągające się i poczuł gniew.
- Oj, kurde, no tak – Nr 1 przyjęła stwierdzenie pana Piotra bez cienia wstydu czy zażenowania… i bez słowa przeprosin w stosunku do Adama. Siadła na fotelu i kontynuowała pracę jak gdyby nigdy nic.
Po chwili zwróciła się do Adama:
- Wie pan, że musi złożyć odpowiednie dokumenty o zmianie danych w Urzędzie Skarbowym i ZUS oraz w Banku – to nie było pytanie, to było opisanie rzeczywistości jaką miała ona być.
- Nno, domyślam się – odrzekł Adam. – Tylko nie wiem jeszcze w jakich terminach mam to zrobić.
“Numer Jeden” rzuciła mu spojrzenie mówiące: “Ciągle zjawiają się tutaj takie niedouczone palanty i zawracają głowę”.
- Urząd Skarbowy tydzień, ZUS i bank dwa.
- Aha, z tym nowym dowodem? – spytał niepewnie Adam.
Nr 1 przewróciła oczami.
- To chyba jasne! Przecież po to ma pan tam jechać, nie?!
- Tak – Adam szybko potwierdził. – A ile będę czekał na dowód?
Nr 1 popatrzyła na niego jakby nagle stał się niedorozwinięty.
- No normalnie, od trzech do czterech tygodni.
Adam wytrzeszczył oczy.
- Ale jak to?! Jak mam załatwić sprawę w skarbówce, ubezpieczalni i banku nie dysponując dowodem, kiedy muszę tam się udać z nim, bo bez niego nic nie załatwię?!
- Kochany, nie ty pierwszy i nie ostatni – “Numer Jeden” wyszczerzyła się w uśmiechu i ktoś w tej chwili mógłby ją nieopatrznie wziąć za krokodyla.
- Co? – Adam był zszokowany. – Przecież muszę się tam zgłosić z dowodem w przeciągu tygodnia czy dwóch, a dowód dostanę za miesiąc!!!
- I co? W czym problem? – Nr 1 brakowało teraz, do dopełnienia wizerunku lekceważącego petenta urzędnika, przeżuwania gumy ujawniającego zęby trzonowe.
- Jak to “w czym problem”?!!! Przecież to może się skończyć więzieniem, grzywną, w każdym razie poważnymi konsekwencjami!!! Z tymi urzędami nie ma żartów.
- Eeee tam. Jakie konsekwencje znowu? – Nr 1 usiadła w sposób, w jaki siada się oglądając mecz piłki nożnej, ale nie kibicuje się żadnej z drużyn – Nie ma żadnych konsekwencji. Przecież oni tam znają przepisy.
- Właśnie o to…!!! – I wtedy do Adama dotarło. – Zaraz, chce pani powiedzieć, że urzędnicy państwowi nie egzekwują prawa, które mają obowiązek wypełniać i którego muszą się trzymać? Mam rozumieć, że przepisy nie są przestrzegane?
- A jak mają być? – Nr 1 zauważyła, że petent zaczyna chwytać.
- Ale po jaką cholerę… po co ustanawiać przepisy, których nie da się w praktyce przestrzegać? Przecież to absurd!!!
- Cóż, ja tylko pana informuję o terminach – urzędniczka uniosła lekko głowę jakby chciała pokazać, że kto jak kto, ale ona jest jak najbardziej w porządku. – Nie ja je ustalałam.
- Ale to prawo uchwalają jacyś idioci! – Adam doszedł do etapu wściekłości, w którym zaczyna się nazywać rzeczy po imieniu, nie dbając o political correctness. Uświadomił sobie, że żyje w kraju opanowanym przez obłęd. Obłęd, który ludzie traktują jak coś co po prostu jest i z czym niewiele można zrobić. Ten chaos udawało się ogarnąć tylko dzięki masie urzędniczej, która podchodziła do absurdalnego prawa zgodnie z przyjętą dawno temu maksymą. Można ją było określić dwoma słowami: “luz i olewka”. Przypominało to zupełnie sytuację z opadami śniegu. Jak spadnie go zbyt dużo, to po prostu bierze się łopatę i odgarnia wąską ścieżkę, żeby można było przejść. Gdyby ci wszyscy urzędnicy, przez jeden dzień w roku chcieli się ściśle trzymać przepisów – cały kraj by stanął. A wtedy ludzie z pewnością wyszliby na ulice.



lut 05, 2010 @ 23:55:55
Cóż mogę rzecz… Polska! Kraj paranoi, absurdu, pociągów widmo i mleka w tubce